Czy samochód z funkcją latania to rzeczywiście przyszłość, czy też kolejny marketingowy chwyt Chińczyków? Po tym jak Xpeng pokazał mi Aridge Land Aircraft Carrier uświadomiłam sobie jedno: to jak najbardziej realny pojazd i jeśli tę technologię uda się opanować Chinom, to konsekwencje będą poważniejsze niż podbicie europejskiego rynku samochodowego…
Na niedawno opisywanej przeze mnie premierze Xpenga L03 widziałam jeszcze jeden szczególny pojazd: sześciokołowy van zdolny przewozić cztery osoby wraz z bagażem, a w tylnej części kryje sześciorotorowy dron o wymiarach małego samochodu. Wożący go „statek-matka” służy również jako jego ładowarka oraz mobilny punkt startów i lądowań w plenerze.
Z nowoczesnej konstrukcji wyłaniało się wszędzie włókno węglowe i śmigła wyglądające na gotowe do startu. To mi nie wyglądało jak „tylko” dron. Patrzyłam na to urządzenie z fascynacją: wyglądało jak coś rodem z przyszłości, a pod względem konstrukcyjnym przypominało sprzęt DJI w skali powiększonej dziesięciokrotnie. Informację, że ta przyszłość czeka nas właściwie już lada moment, przyjęłam z takim samym uznaniem, co i wątpliwościami…
Latające auto to kolejny pomysł „chińskiej Tesli„
Dzieło to jest wytworem techowego start-upu Aridge, który niedawno został przemianowany na taką nazwę z Xpeng AeroHT. Firma stojąca za tym przedsięwzięciem się jednak nie zmieniła i Xpeng niezmiennie chce wykorzystać najnowsze technologie do opanowania mobilności rozumianej nie tylko jako jazda autem. Na tę obecną od zeszłego roku również na polskim rynku markę zwykliśmy patrzeć w V10 jak na chińską Teslę, ale już teraz widać, że chce się ona stać czymś jeszcze większym.
Xpeng AeroHT już teraz jest największą w Azji firmą zajmującej się rozwojem i produkcją pojazdów latających pionowego startu i lądowania (eVTOL). Nawet jeśli póki co to dość specyficzna nisza, to samo miano „największa w Azji” powinno już zdobyć Waszą uwagę. A jeśli do tego dodam, że prezentowany latający samochód o nazwie Land Aircraft Carrier ma wejść do sprzedaży jeszcze już w przyszłym roku z ceną poniżej 300 tys. dolarów?
Póki co mowa oczywiście o otwartym na takie radykalne nowości rynku chińskim, ale Xpeng z funkcją latania ma być dostępny wkrótce również w innych krajach Azji Południowowschodniej. Producent prowadzi również rozmowy z regulatorami w Europie, a nawet w Stanach Zjednoczonych (powodzenia z tym).

Land Aircraft Carrier jest jak Cybertruck ukrywający supermoc
W tym miejscu trzeba zaznaczyć, że na cały zestaw składają się dwie zaprojektowane wspólnie, ale potrafiące funkcjonować niezależnie maszyny. Pierwsza to po prostu duży SUV. Nawet bardzo duży: z długością przekraczającą pięć metrów i trzema osiami będzie się na pewno wybijał na ulicy, ale twórcom zależało na tym, by można było z niego korzystać na co dzień w zwykłym ruchu miejskim jak z każdego innego auta. Dla polepszenia jego zwrotności wprowadzili nawet system skrętnych tylnych kół.
By zachować z kolei maksymalną wszechstronność i możliwość dostawienia latającego modułu gdzie trzeba, „baza” nie jest wbrew pozorom samochodem elektrycznym: to lubiana przez Chińczyków i lansowana również przez Xpenga hybryda szeregowa, czyli z silnikiem spalinowym w roli generatora prądu (tzw. range extender).
Według producenta spory akumulator i wydajny generator mają wystarczyć do uzyskania zasięgu 1000 km, wymiennie z możliwością ładowania latającego modułu przez łączący obydwie maszyny elastyczny przewód do sześciu razy. Ten jest już z kolei całkowicie elektryczny; energię pobiera z akumulatora krzemowo-węglowego o pojemności 50 kWh.
Chociaż wóz podporządkowano głównie pod pomieszczenie modułu powietrznego, w kabinie zadbano o miejsce na cztery osoby i ich bagaż. Póki co wszystko – wliczając nawet parametry napędów – ma sens i wygląda realistycznie.
A jednak od tego miejsca dzieją się rzeczy, na które trudno patrzeć bez układania ust w wyraz „łał”. Po wciśnięciu jednego przycisku ramiona modułu powietrznego wysuwają się, śmigła rozkładają się w odpowiedniej sekwencji, a hydraulika dostosowuje punkt podparcia zawieszenia i ważący 700 kg dron jest gotowy do startu.
Platforma zachowuje w tym czasie pełną stabilność i nie rusza się nawet na pochyłościach. Całą procedurę koordynuje osiem niezależnych systemów sterujących, reagujących w ułamkach milisekund.
Po momencie, w którym możemy radośnie krzyknąć „i mamy lift-off!”, obydwa moduły działają niezależnie – część latająca wyposażona jest we własny system sterowania, sześć osobno napędzanych rotorów oraz potrójną redundancję systemów bezpieczeństwa.

Sterowanie latającym autem ma być łatwe i bezpieczne (nieomal dla każdego)
Tłumacząc ostatnie określenie na polski: każdy rotor ma osobną elektronikę. Jeśli jeden system zawiedzie, drugi automatycznie przejmuje jego funkcje. Gdyby i on uległ awarii — sytuację ratuje trzeci. To rozwiązanie zapożyczone z lotnictwa komercyjnego, gdzie od dziesięcioleci dba się w ten sposób o ludzkie życie (i statystyki przeżywalności, przy których jesteśmy gotowi wejść na pokład).
Co ciekawe, urządzenie wyposażone jest w system ratunkowy z wieloma spadochronami. W przypadku całkowitej awarii pojazd opada na ziemię na szybko otwierających się czaszach. Aridge skrupulatnie przetestowało to rozwiązanie – miałam okazję przejrzeć dokumentację z setek prób. Ta jest tak ogromna, jak można wyobrazić sobie po firmie, która sama pakuje się pod lupę komisji lotniczych.
Tysiące godzin testów obejmowały wszystko: od pojedynczych komponentów, przez całe układy, aż po loty w trudnych warunkach atmosferycznych. Choć mówimy o lataniu, to tu nie ma miejsca na drogę na skróty.
Rozbudowane, w dużej mierze autonomiczne systemy mają też swoje drugie oblicze. Dzięki nim pilotowanie pojazdu sygnowanego przez Xpenga ma być bezprecedensowo łatwe.
Zamiast tradycyjnych drążków i sterownic znanych ze śmigłowców zastosowano jeden wolant/joystick. Obsługuje on cztery podstawowe parametry: przyspieszenie, pochylenie, kierunek oraz wznoszenie. Resztą zajmuje się automatyka. Pilot skupia się na celu lotu, a nie na skomplikowanej obsłudze maszyny.
Szkolenie wymagane do zajęcia miejsca za sterami zajmuje tygodnie, a nie pół roku, jak normalny kurs pilotażu, podczas którego adept musi spędzić setki godzin na symulatorach. Tak przynajmniej obrazuje to producent: jeśli również w Europie tak będzie mogło wyglądać nabywanie uprawnień do sterowania latającymi samochodami, to jesteśmy bliżej ery Jetsonów niż ktokolwiek z nas by przypuszczał.

Dlaczego nie mogłam nawet dotknąć latającego auta Xpenga?
Bo aż tak blisko to jednak jeszcze nie jesteśmy. Podczas premiery start i działanie Land Aircraft Carrier mogłam zobaczyć tylko na filmie, a do prawdziwej maszyny nawet nie mogłam się zbliżyć. Oficjalnie na drodze stanęły kwestie formalne: regulacje, ubezpieczenia i odpowiedzialność cywilna. Producent nie może pozwolić sobie na ryzyko, że ktoś uszkodzi prototyp… albo siebie kontaktem z jeszcze nieukończonym projektem.
Intuicja coś mi jednak podpowiada, że te odgradzające Land Aircraft Carrier od świata sznury, ochrona i wymóg robienia zdjęć z odległości miały też drugie dno. Taki (stosunkowo) przystępny i łatwy do opanowania statek powietrzny wychodzi poza temat samej mobilności i wkracza na delikatną kwestię bezpieczeństwa krajowego.
W przypadku rynkowego sukcesu latającego auta – na co Xpeng ewidentnie się nastawia planowaną skalą produkcji – Chińczycy opanowaliby nie tylko nasz rynek samochodowy, ale i nasze niebo. A to już tworzy nam całkiem inną rzeczywistość.
Łatwo też sobie wyobrazić zastosowanie militarne takiej maszyny. Z której strony by nie patrzeć: wartość tego projektu i jej potencjał do zrewolucjonizowania naszej rzeczywistości jest naprawdę realny.
No dobrze, ale odkładając na bok takie myśli możemy zacząć od prostszego pytania dla kogo właściwie adresowany jest latający samochód za cenę przeszło 1,2 miliona złotych?
Xpeng twierdzi, że powstał on głównie z myślą o górskich regionach z ograniczoną siecią dróg. Takich nie brakuje w Chinach, ale też innych częściach świata. Czyli przewidywany scenariusz wykorzystania Land Aircraft Carriera wygląda następująco: przejeżdżamy na kołach część trasy prowadzącej w trudno dostępny teren, a następnie przelatujemy ostatni, trudno dostępny dla aut etap (zasięg drona wynosi 250 km).
Dlatego też na pytanie „czy latający samochód Xpenga trafi do Polski?” odpowiedź brzmi: nie w najbliższej przyszłości. Są bardziej potrzebujące takich rozwiązań (i skore do nowinek technicznych) rynki, na które trafi on wcześniej. Na nich Chińczycy zebrali już ponad 7 tys. zamówień na latające auto w ciemno.
Może to być jednak pierwszy etap do ziszczenia się snutego już od pokoleń marzenia o latających autach. Im bliżej jednak jego jesteśmy, tym bardziej myślę sobie o tym, że trzeba uważać na to, o czym się marzy… Chińczycy, jak widać, traktują tę sprawę bardzo poważnie.
















