Opinia Żuchowskiego: to nie prędkość i nie samochód zabija, tylko kierowca. Co naprawdę musi się zmienić, żeby w Polsce nie dochodziło do zabójstw na drogach

Tragiczny wypadek z 22 sierpnia na ul. Solnej na krakowskim Podgórzu internet przeanalizował już na każdy możliwy sposób. Absolutnie nie chcę dołączać do osób, które żerują na śmierci niewinnych osób i tabloidyzują ją pod fałszywym płaszczykiem troski o bezpieczeństwo. Zamiast tego uważam to za właściwą okoliczność do tego, by wskazać na czym naprawdę polega problem i jak można go naprawić.

W sobotni wieczór 22 sierpnia na ul. Solnej na krakowskim Podgórzu doszło do tragicznego zdarzenia: 26 letni kierowca, który ledwo miesiąc wcześniej odebrał z salonu hot-hatcha o mocy 333 KM, wypadł z drogi i potrącił idącą chodnikiem rodzinę z dzieckiem. 

Oboje rodziców w wieku 32 lat zginęło na miejscu, a ich ośmiomiesięczny syn walczy o życie. Kierowca został zatrzymany i najprawdopodobniej usłyszy zarzut spowodowania wypadku ze skutkiem śmiertelnym – grozi mu za to do ośmiu lat pozbawienia wolności.

Gdy tylko informacja ta trafiła do mediów – a dokładniej, do żywiących się Waszymi emocjami i polaryzacją mediów społecznościowych – nastąpił zlot ekspertów i moralizatorów, którzy wskazywali na winnych wszystkie możliwe strony: młodego fana sportowych aut, który siedział za kółkiem, ale też nierówną drogę czy samo auto, które zostało wyposażone w tak zwaną funkcję driftu: oprogramowanie napędu na cztery koła, które pozwala utrzymać kontrolowany poślizg. 

Zakazać trybu Drift w autach?

Po pierwsze: nie moglibyśmy po prostu zdelegalizować takiego auta z taką funkcją na rynku, tylko musiałaby to zrobić cała Unia Europejska – wynika to wprost z Artykułu 34 Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej (TFUE) oraz zasady wzajemnego uznawania.

Ale sam opis funkcji działania funkcji driftu z powyższego akapitu od razu pozwala zbić argument, że cokolwiek zawiniło tutaj auto. Po pierwsze: włączeniu trybu jazdy drift towarzyszy informacja, że można z niej korzystać wyłącznie poza publicznymi drogami (producent dla pewności w tym trybie wyłącza nawet możliwość korzystania z pokładowej nawigacji). 

Po drugie: samo uruchomienie trybu Drift nie działa jak magiczny przycisk, po którym auto samo jedzie bokiem. To kierowca przez cały czas zachowuje pełną kontrolę nad samochodem i do wejścia w poślizg potrzebuje sporo miejsca, a przede wszystkim – prędkości.

Z własnej praktyki wiem, że nawet jeśli nawierzchnia jest śliska i mało przyczepna, to nadal zachowujące napęd na cztery koła systemy nie działają od razu jak mocny tylnonapędowiec i trzeba się postarać, aby wejść w oczekiwany poślizg. Jako że jest on wynikiem oprogramowania systemów, to kierowca przez cały czas zachowuje kontrolę nad prowadzeniem: problemem nie był więc tryb drift, tylko sama prędkość.

Skoro tak, to może trzeba zakazać mocnych samochodów? Teraz do maszyn, które mają po 300, 500, czy nawet ponad 700 koni mechanicznych dzieli Polaka tylko dystans do jednego z salonów niemieckich marek premium i możliwość uciągnięcia miesięcznej raty w okolicach 5 – 7 tys. zł. 

Przekonanie, że problem dotyczy tylko takich strzelających z rur wydechowych i obwieszonych spojlerami aut sportowych jest złudne. Dostęp do przyspieszeń, które jeszcze niedawno były zarezerwowane tylko dla nich, wprowadziły na bezprecedensowo szeroką skalę elektryki. Te są (lub były) dostępne nie tylko w salonach sprzedaży, ale też wypożyczalniach. 

Pamiętam jak w 2019 r. do Warszawy zawitała flota 500 BMW i3 w ramach car-sharingu „innogy go!” i pierwszy wypadek z udziałem tego świetnie przyspieszającego z miejsca elektryka miał miejsce tuż po uruchomieniu tego programu. W kolejnych miesiącach z pół tysiąca aut odpadały kolejne sztuki, które zakończyły swój żywot na przystankach, latarniach i torowiskach tramwajowych.

@v10.pl

740 tysięcy złotych za kombi. Dużo za dużo, czy jednak w sam raz za M3 CS? #bmwm3 #m3cs #bmwlife #samochody #motoryzacja

♬ I Want a See You no Voice – Fatima Mhedden

To może ograniczyć moc aut dla młodych kierowców?

Taki pomysł stosuje już Australia. Tam przepisy są co prawda zawiłe i zależne od stanu, ale można przyjąć, że na większości terytorium kierowcy z tymczasowymi prawami jazdy P1 lub P2 może prowadzić samochody z mocą poniżej 177 KM (czyli 265 KM dla auta o masie 1,5 t, 354 KM dla dwutonowego, itd.).

Od 1 grudnia 2024 r. w Australii Południowej wprowadzono tak zwane „prawo jazdy na superauta” – dodatkowa kategoria uprawnień U, która jest wymagana tam do prowadzenia aut o stosunku mocy do masy powyżej 276 kW/t. By je uzyskać, trzeba przejść internetowe szkolenie i zdać test. Tylko teoretyczny, ale zawsze to dodatkowy wysiłek.

Poza systemem Australijskim podobne restrykcje działają w zaledwie dwóch innych krajach na całym świecie: we Włoszech, kolebce superaut, każdy posiadacz kategorii B przez pierwsze 3 lata może prowadzić wyłącznie auta o stosunku mocy do masy do 75 kW/t oraz jednocześnie w ogóle o mocy do 105 kW. W Serbii natomiast kierowcy z próbnym prawem jazdy samodzielnie mogą prowadzić auta o mocy do 80 kW.

Więcej krajów takich rozwiązań nie stosuje, prawdopodobnie z dwóch powodów: małej skali problemu i braku realnego przełożenia na jego rozwiązanie. O takich restrykcjach można myśleć jako o „domykaniu systemu” i końcowym etapie na drodze do poprawy bezpieczeństwa, a nie pierwszym.

Jaki jest ten pierwszy? Skończmy z przyzwoleniem na łamanie prawa! Tak długo jak koleś traktujący lewy pas autostrady jak swoją własność, pędzący z wysokimi prędkościami i zrzucający wszystkich innych długimi światłami będzie budził podziw, będą się zdarzały takie wypadki. Tak długo jak będziemy przymykać oko na kierowcę wsiadającego za kółko po klinie – będą ginąć niewinne osoby. 

Mało tego: tak długo jak każde cwaniactwo czy kombinowanie, nie tylko na drodze, będziemy traktować jako coś dobrego, tak długo takie sytuacje będą się zdarzały, a potem będą pojawiały się mądre głowy mówiące o potrzebie ograniczania mocy aut i budowy torów wyścigowych. Szwajcaria nie ma ani jednego toru wyścigowego i jeden z najwyższych na świecie udziałów supersamochodów na rynku, a jednak nie mierzy się z falą piratów drogowych. 

Próg zwalniający postawiony na ul. Sokratesa w Warszawie, gdzie w 2019 r. inny kierowca również potrącił młodych rodziców z dzieckiem (zginął ojciec) nie pomógł w uniknięciu podobnego wypadku na ul. Solnej w Krakowie. Nie postawimy progów przed każdym przejściem dla pieszych i nie ograniczymy mocy wszystkich aut do 80 KM. Wszelkie przepisy będą martwe, jeśli w pierwszej kolejności nie nauczymy się szanować prawa.