Koncern Stellantis zdecydował się na potężne uderzenie rynkowe w Polsce. Gigant motoryzacyjny ogłosił wprowadzenie nowego, bezpłatnego programu gwarancji specjalnej, który zabezpiecza pojazdy aż przez 8 lat lub do osiągnięcia limitu 160 tysięcy kilometrów (w zależności od tego, co nastąpi wcześniej). Warunek jest klasyczny dla tego typu ofert – regularne serwisowanie auta w Autoryzowanych Stacjach Obsługi (ASO) zgodnie z wytycznymi producenta. Ochrona odnawia się automatycznie po każdym zrealizowanym przeglądzie.
Program został podzielony na dwa poziomy:
- Standard: dedykowany markom masowym (Peugeot, Citroën, Opel, Fiat, Fiat Professional, Jeep oraz Abarth).
- Premium: przygotowany dla marek Alfa Romeo oraz DS Automobiles. Oprócz ochrony mechanicznej zapewnia on dodatkowo wsparcie dla systemów multimedialnych, a także pakiet pomocy drogowej (assistance) oraz samochód zastępczy.
Co istotne dla rynku wtórnego, wydłużona gwarancja przechodzi na kolejnych właścicieli pojazdu, o ile zachowana zostanie ciągłość serwisowa w ASO. To ogromny argument sprzedażowy, który może znacząco podnieść wartość rezydualną aut koncernu. Eksperci upatrują w tym ruchu chęci odbudowania pełnego zaufania klientów po głośnych w ostatnich latach problemach m.in. z silnikami z rodziny PureTech.
Chiński „kuzyn” zostawiony z tyłu. Dlaczego Leapmotor nie dostał bonusu?
Choć komunikat Stellantis brzmi niezwykle optymistycznie, prawdziwe zaskoczenie kryje się w przypisach. Nowy program gwarancyjny całkowicie pomija markę Leapmotor – chińskiego producenta, z którym Stellantis ściśle współpracuje i którego modele (takie jak T03, B10, C10 czy wchodzący na rynek B05) coraz śmielej oferuje europejskim i polskim kierowcom. Nabywcy chińskich samochodów dystrybuowanych przez koncern muszą zadowolić się standardową, podstawową ochroną dwuletnią.
Powody tej decyzji nie zostały oficjalnie sprecyzowane, jednak klucza należy szukać w strukturze biznesowej. Stellantis nie jest pełnoprawnym właścicielem chińskiej marki – posiada w niej nieco ponad 20% udziałów. Za dystrybucję i produkcję na Starym Kontynencie odpowiada spółka joint venture Leapmotor International (w której Stellantis ma 51% udziałów, a Leapmotor 49%). Zawiłości korporacyjne i rozliczanie kosztów ewentualnych napraw gwarancyjnych między podmiotami z Amsterdamu i Hangzhou stanowią tu prawdopodobnie barierę formalną.
Warto zauważyć, że problem ten nie jest nowy. Gdy analogiczny program ruszał w połowie ubiegłego roku we Francji, tamtejsze kierownictwo Stellantis przyznawało, że wyłączenie Leapmotora z promocji jest faktem, ale „grupa nad tym pracuje”. Jak widać, po wielu miesiącach impas w tej sprawie wciąż nie został przełamany.
Rynkowy paradoks
Decyzja koncernu stawia markę Leapmotor w trudnym położeniu marketingowym. Z jednej strony Stellantis intensywnie promuje chińskie modele jako nowoczesną i przystępną cenowo alternatywę dla europejskiej konkurencji. Z drugiej – wykluczając ją z programu 8-letniej gwarancji, wysyła do klientów niepokojący sygnał wizerunkowy.
Brak długoterminowej ochrony może negatywnie wpłynąć na dynamikę sprzedaży nowych egzemplarzy oraz znacząco utrudnić ich późniejszą odsprzedaż na rynku wtórnym, gdzie obawy przed chińskimi technologiami wciąż bywają silne. Ironią losu pozostaje fakt, że to właśnie nowe konstrukcje Leapmotora, wolne od wcześniejszych chorób wieku dziecięcego niektórych europejskich silników Stellantis, mogłyby teoretycznie bez trudu sprostać rygorom 8-letniej eksploatacji.








