Świat oszalał na punkcie Tesli Roadster, czyli jak Elon Musk ze sprzedawcy aut stał się sprzedawcą bajek

Zobaczyłem Teslę Roadster i powiem Wam, że jestem już naprawdę zmęczony tym, co robi Elon Musk. Już od dobrych dziesięciu lat gra z nami w grę, której celem wcale nie jest sprzedaż aut. My patrzymy na niego jak na producenta samochodów i to jest zasadniczy błąd. Oto dlaczego Tesla robi to co robi i do czego jesteśmy jej w tym potrzebni.

Niniejsza treść ma charakter felietonu przedstawiającego prywatną opinię autora.

Na początek: kilka najważniejszych faktów o tym nowym cudzie, o którym od kilku dni mówi cały świat. Tesla Roadster, którą zaprezentował światu kilka dni temu Elon Musk, to według niego produkcyjna wersja modelu, na który pierwsze zaliczki od klientów pobrał dziewięć lat temu, a teraz obiecuje, że już za kolejne dwa lata dostarczy im auto o całkiem innym wyglądzie i funkcjach (tak właściwie, to nawet nie jest roadster). Ale mniejsza z tym – najciekawsza jest oczywiście obecność silników odrzutowych z programu SpaceX, z którymi Roadster może latać i rozpędza się do stu kilometrów na godzinę w osiem dziesiątych sekundy.

Brzmi to KOSMICZNIE dobrze, prawda? Patrzcie jak się robi samochody, zwykli i nudni producenci, którzy nie zmieniliście nic od początku XX wieku! Wystarczył jeden wizjoner, żeby wywrócić dotychczasowy porządek do góry nogami i dzięki niemu już niedługo latające samochody na stałe się wpiszą w krajobraz naszych miast.

  • Tesla Roadster (2026)

    Autor (fot. Tesla)
  • Tesla Roadster (2026)

    Autor (fot. Tesla)

…no nie do końca. Pozwólcie, że będę tym Kapitanem Marudą, który przypomni kilka nieznośnych faktów z praw fizyki. Po pierwsze – Roadster w takiej wersji ma trafić do sprzedaży tylko w bardzo, bardzo ograniczonej puli do samodzielnie wybranych przez Teslę odbiorców. Ci z kolei nie będą mogli korzystać z przedstawionej na premierze funkcji latania choćby w pobliżu dróg, czy w ogóle ludzi. Kto choć raz przebywał w okolicy pasa startowego, ten wie, z jak wielkim odrzutem, a przede wszystkim hałasem jest związane działanie takiego napędu. Tutaj byłby on jeszcze większy: jeśli wierzyć danym przedstawionym przez Muska, to wynikałoby z nich, ze gaz wyrzucany z dysz w aucie przekracza prędkość dźwięku.

Po drugie: to nie jest przypadek, że na prezentacji Roadster miał czarne szyby. Nawet do kilku sekund działania tego systemu potrzebne jest sprężone powietrze w takiej ilości, że jego zbiorniki wypełniają dokładnie całe miejsce w aucie. W praktyce oznacza to, że zbiorniki z gazem stłoczonym pod ogromnym ciśnieniem znajduje się tuż obok kierowcy; nie ma tu nawet miejsca na fotel pasażera. Elon Musk sam z zadowoleniem przyznał, że to rozwiązanie „nie jest zoptymalizowane pod kątem bezpieczeństwa w żaden sposób”.

Nie jest też przede wszystkim mądre. To nie jest tak, że dostrzegł on coś, o czym nikt inny w motoryzacji nie widział lub nie odważył się myśleć. Wręcz przeciwnie: koncepcja silników odrzutowych w aucie nie jest nowa. Pierwszy taki pojazd zrobił już blisko sto lat temu nikt inny niż Opel (bolid RAK 2 z 1928 r.), po II wojnie światowej testował Fiat (prototyp Turbina z 1954 r.), w ostatnich latach patrzył na nią Mate Rimac.

Tesla Roadster (2026) (fot. Tesla)

Nikt jednak nie zdecydował się wprowadzić jej do produkcji, bo to po prostu bez sensu. Pomijając aspekt bezpieczeństwa, gaz sprężony w aucie wystarczy na dosłownie kilka sekund działania systemu odrzutowego. Co po ich opróżnieniu? Zostajemy po prostu z zwykłym autem, które wozi ze sobą kilkaset kilogramów (pustych) pancernych butli. Nie brzmi to jak przepis na auto sportowe, które wywróci stolik.

Dlaczego więc takim autem chwali się teraz Tesla? Odpowiedź jest brutalna: Elonowi Muskowi nie zależy już na sprzedaży samochodów. On dobrze wie, że to, co Tesla miała do osiągnięcia w przemyśle motoryzacyjnym, ma już za sobą, a teraz jej rola będzie się tylko zmniejszała. Jej rolę lidera innowacji i sprzedaży aut elektrycznych przejęli z jednej strony tacy chińscy giganci jak BYD, a z drugiej strony również europejscy producenci już nadrobili straty i teraz to Volkswagen jest liderem sprzedaży aut elektrycznych w Europie.

Tesla Roadster (2026) (fot. Tesla)

I Elon Musk nie ma na tę sytuację żadnej odpowiedzi: Tesla Model 3 ma blisko 10 lat na karku i już dawno utraciła swoje przewagi nad konkurencją, Model S zszedł z rynku i nie ma następcy, sieć ładowania Tesla Supercharger o mocy 150 – 250 kW nie jest już w jakikolwiek sposób super.

Tesla ma jednak nadal jedną rzecz, której nie ma żadna inna firma na rynku: kapitalizację giełdową na poziomie 1500 miliardów dolarów, 6 razy większą od największego producenta samochodów na świecie, czyli Toyoty. Żeby Elon Musk pozostał najbogatszym człowiekiem na świecie, nie potrzebuje sprzedawać więcej samochodów, tylko utrzymać notowania Tesli na giełdzie. Stąd te opowieści o latających samochodach, samobieżnych taksówkach, produkcji robotów w miejscu aut i tak dalej. Tak długo, jak giełda będzie kupowała te historie, a my wszyscy będziemy chcieli słuchać kolejnych bajek Elona Muska, tak długo on będzie je opowiadał. I będzie się dalej bogacił nawet bez sprzedaży prawdziwych aut.