Kampery pobudzają wyobraźnię jako domy na kołach, które pozwalają zrealizować planowaną miesiącami eskapadę w odległe miejsce. Często jednak dużo lepszy wpływ na nasze życie mają małe rzeczy. W najnowszej odsłonie popularnego Volkswagena Californii odkryłem bohatera dnia codziennego: świetnego pretekstu i partnera do spontanicznych przygód pod miastem.
Tekst i zdjęcia: Filip Blank
Artykuł powstał we współpracy z marką Volkswagen Samochody Dostawcze
Dostawcze Volkswageny towarzyszyły mi od samego urodzenia: większość samochodów w naszej rodzinie stanowiły auta tej marki, a w szafce wciąż trzymam pudełko z modelikami Transporterów wszelkiej wielkości. Nie dziwne więc, że produkowane w Hanowerze kampery od zawsze kojarzyły mi się z wolnością. Jako nastolatek marzyłem o podbijaniu świata Bullikiem i prowadzeniu życia wielkiego podróżnika. To marzenie znalazło swoje urzeczywistnienie choć, jak to w życiu bywa, nie wszystko wychodzi tak, jak sobie zaplanowaliśmy.
Po raz pierwszy doświadczyłem na własnej skórze co to znaczy wolność dawana przez Volkswagena Californię i jak inny może mieć ona wymiar niż to, co sobie wcześniej wyobrażałem, podczas pandemii koronawirusa. Gdy przepisy pozwalały już wychodzić z domu, ale zabraniały praktycznie wszystkiego poza nim, kampervan Volkswagena pozwalał mi łapać chwilę normalności na krótkich wypadach w różne części Polski… albo chociaż na parking przed restauracją, gdy te serwowały dania tylko na wynos (pamiętacie to?).
Czas dorastania spędziłem w Malborku. Gdy tylko mieliśmy okazję, z rodzicami wybieraliśmy się nad morze. Najbliżej nam było na Mierzeję Wiślaną, gdzie mieliśmy swoją ulubioną plażę w Kątach Rybackich. Po latach mieszkania w stolicy, gdzie sam już założyłem rodzinę, podjęliśmy decyzję o powrocie do moich rodzinnych stron. Teraz sam mogę pokazywać moim dzieciom Elbląg, gdzie zdawałem na prawo jazdy, imponujące mosty zwodzone nad kanałami i kutry rybackie stacjonujące w miejscowościach, którym nadal udaje się uchować z dala od największego ruchu turystów.
Całkowicie nowy Volkswagen California: co się zmieniło (a co pozostało takie samo)
Najnowsza generacja Californii, która zadebiutowała w 2024 r., znów przywołuje mi te wszystkie emocje. Z jednej strony jest jak dobry znajomy: pod tą nazwą kryje się w końcu najpopularniejszy kampervan na świecie, którego rola w pop-kulturze wykracza nawet poza samą rolę ukształtowania społeczności vanlife i zasilenie jej rekordową liczbą ponad 280 tys. aut dostarczonych na przestrzeni ostatnich dekad.
W najnowszym projekcie od razu odnajdujemy ikoniczny charakter tego modelu, którego przyjemny, odwołujący się do bogatej historii design teraz poparty jest dwukolorowym malowaniem nadwozia.
W historii tej pojawiło się kilka przełomowych momentów i kolejny z nich nastąpił właśnie teraz. Najnowsza generacja Californii przyjęła całkowicie nową architekturę, co pozwoliło jej zyskać kilka istotnych nowości. Słowem-klucz jest tu wszechstronność: opcja napędu na cztery koła pozwala dojechać w miejsca wcześniej niedostępne dla użytkowników tych aut, a debiutujący napęd hybrydy plug-in daje gwarancję wolności na długie lata, w których zaczną pojawiać się różne restrykcje dotyczące wykorzystania w określonych miejscach napędów spalinowych.
Dla społeczności kamperowej największą nowość stanowi pojawienie się drugich drzwi przesuwnych (po stronie kierowcy). Wpłynęło to na całkowite przearanżowanie kabiny. Ale to niejedyna nowość na tym froncie. Wyposażenie kamperowe zostało logicznie podzielone na trzy poziomy wtajemniczenia: od najbardziej zbliżonej do rodzinnego vana wesrji Beach, przez wyposażoną już w kuchenkę, zlew i lodówkę Coast, po dysponującą kompletnym wyposażeniem Ocean.
Wszystkie dysponują uchylanym do góry dachem (w każdej można więc spać w cztery dorosłe osoby), siatkami na komary w oknach oraz indywidualnymi siedzeniami w drugim rzędzie kabiny. Te ostatnie można niezależnie od siebie przesuwać, ale też łatwo wyjmować (naprawdę – zrobi to jedna dorosła osoba), co otwiera możliwość do przewożenia w środku rowerów albo deski surfingowej.
Choć teraz wygląda na bardziej cywilizowaną, w rzeczywistości California stała się jeszcze większa: urosła do 517 cm długości (poprzednik miał 490 cm) i potrafi jeszcze wydajniej wykorzystać ten rozmiar w kabinie za sprawą rozstawu osi sięgającego 312 cm. Szerokość i wysokość pozostały praktycznie bez zmian (194 i 190 cm) dla zachowania możliwości korzystania z tego kampervana jak ze zwykłego samochodu na ciasnych parkingach i w garażach podziemnych.
Pierwsze wrażenie: najważniejsze cechy nowej Californii
Choć wyposażenie nowej Californii jest na wskroś nowoczesne, to od pierwszego kontaktu z jego kabiną czuć tu gigantyczne doświadczenie zebrane na przestrzeni ostatnich dekad. To bardzo dopracowany pod każdym kątem projekt: od genialnego wykorzystania każdego wolnego zakamarka wnętrza po przemyślane szufladki, gniazdka czy markizy. Każdy ze schowków i zainstalowanych w nim po zadomowieniu się w aucie elementów ubioru, wyposażenia kamperowego czy kuchennego znajduje się pod ręką – tam, gdzie byśmy ich logicznie oczekiwali.
Choć na zdjęciach może być tego nie widać, szafki są w stanie pomieścić naprawdę OGROM bagażu dla całej czteroosobowej rodziny: ubrania, pożywienia, potrzebnych przy mniejszych dzieciach artykułów higienicznych (no dobrze, większych też…) i tej jednej maskotki, bez której nie możemy się ruszyć z domu. Moim ulubionym patentem jest wykonana z tworzywa szafka zamieszczona w bocznym oknie za przesuwnymi drzwiami: pokazuje, jak wydajnie można zagospodarować całą przestrzeń kompaktowej Californii.
Należę też do teamu fanów dodanych w tej generacji drzwi przesuwnych. Nie tylko pozwalają szybciej ewakuować czteroosobową rodzinę ze środka, ale też zwiększają wszechstronność w parkowaniu. Wcześniej trzeba było pamiętać o tym, by zawsze ustawiać kampera jedną stroną, co w przypadku niektórych pól kempingowych czy ciasnych miejscówek wiązało się z nie lada manewrowaniem (albo kończyło po prostu zaparkowaniem tyłem do widoku na morze…).
Najczęściej przy dobrej pogodzie kończy się to jednak… pozostawieniem obydwu drzwi otwartych. W ten sposób nowa California daje bardzo przyjemny efekt bez wyraźnej granicy pomiędzy kabiną kampera a otwartą przestrzenią. Życie toczy się więc w jeszcze większym stopniu na zewnątrz (do czego motywują obecne na pokładzie markizy, stolik z krzesełkami i otwierane poza obrys auta stoliki). Rozwiązanie to przynosi też wymierną korzyść – lepszą cyrkulację powietrza podczas gotowania, które można teraz w większym stopniu „wyprowadzić” z auta.
California to przepis na cyfrowy detoks. Dzisiaj to cenniejsze niż hotel
Nowa California ma więc wszystko, czego potrzebuje, by stać się idealnym kompanem na rodzinne podróże. I tu wracamy do punktu wyjścia: taki wszechstronny kampervan nie musi od razu oznaczać planowanej tygodniami podróży do Włoch czy Grecji. Dla mnie świetnie sprawdza się jako sprawdzony kompan rodziny, który daje możliwość nawet całkiem nieplanowanych wypadów tylko na jedno popołudnie lub noc niedaleko od domu.
Tak też było w momencie uchwyconym na zdjęciach do tego tekstu, gdy po prostu wyrwaliśmy się z domu i wyjechaliśmy pobiegać po lesie i poczuć zapach oddalonego od nas o 45 minut jazdy morza.
Mam wrażenie, że kampery zostały stworzone właśnie do takich celów: by uciec gdzieś w naturę, ugotować sobie coś z dala od miejskiego szumu i przespać się pod koronami drzew. To dzisiaj niesamowicie cenne doświadczenie dla wszystkich, a zwłaszcza dla naszych dzieci. Możliwość regularnego przebywania tak blisko natury, albo zwykłej przyjemności biegania w deszczu czy szukania tęczy, jest nieporównywalnie cenniejsza niż wakacje all-inclusive raz do roku.
Swoją drogą w nowej Californii również znajdziemy wiele wygód, które czynią to doświadczenie kamperowania porównywalne z nowoczesnym kurorcie. Możliwość wyłączenia całego oświetlenia w kabinie dwukrotnym pstryknięciem w którykolwiek przycisk to w końcu coś, co do tej pory widziałem tylko w najdroższych hotelach!
Teraz już duża część z czynności związanych z życiem vanlife została zautomatyzowana: dach rozsuwa i zsuwa się jednym przyciskiem (w końcu jego składanie jest naprawdę proste!), a bardzo skutecznym ogrzewaniem postojowym i pojemną lodówką steruje się z pomocą zrozumiałego w obsłudze kolorowego panelu. To takie kamperowanie w wydaniu premium, teraz jeszcze dostępniejsze dla każdego.
Jak bardzo kamper Californii poszedł do przodu pod względem technicznym przekonałem się jeszcze przed dotarciem do celu: już w trasie. Wykorzystanie podwozia znanego dotychczas z osobowych modeli marki przyniosło też łatwość prowadzenia i komfort podróży znany z dzisiaj niestety już coraz trudniej dostępnych rodzinnych vanów: to była naprawdę ważna i potrzebna zmiana. Tym bardziej, że otwiera drogę do działania rozbudowanego wachlarza zaawansowanych systemów asystujących w prowadzeniu, dzięki którym wspólne podróżowanie staje się bezpieczniejsze.
Podczas naszego wypadu po raz pierwszy miałem styczność z napędem hybrydy plug-in w samochodzie tego typu. Przyznam szczerze, że nie wiedziałem czego spodziewać się po takim połączeniu – nie jest to pomysł, który pierwszy przychodzi do głowy. W rzeczywistości okazało się to naprawdę świetnie sprawdzające się w takim przeznaczeniu rozwiązanie: przekazujący moc 245 KM na cztery koła system pozwala ciągnąć przyczepy o masie do 1570 kg (lub 2 ton w innych wersjach napędowych – tak czy inaczej: dość, by zabrać w podróż jeszcze na przykład przyczepę lub łódź), a przy tym duży akumulator o pojemności 19,7 kWh pokonywać dystanse sięgające blisko 90 km wyłącznie na energii elektrycznej.
Po jego wyładowaniu ekonomika benzynowego silnika 1.5 TSI również jest więcej niż zaskakująca: dane techniczne obiecują wynik 6,7 l/100 km, a test w prawdziwym życiu wykazał wyniki naprawdę porównywalne z dotychczas domyślnym pod maską Californii dieslem. Ten nadal jest w ofercie, ale hybrydę warto rozważyć!
Nowa California to nie kamper od święta, a wszechstronny samochód na co dzień. Dzięki niej mikrowyprawy szybko wpisały się w nasz rytm życia i bardzo podniosły jego jakość. Takie doświadczenia dają całkiem inny wymiar doświadczania rodziny i budowania więzi. Dla mnie to właśnie poszerzanie horyzontów poprzez pielęgnowanie ciekawości do świata – tego odległego, ale również tego za rogiem – to właśnie to, na czym polega rodzicielstwo.

























