Włoska motoryzacja słynie z wielkich emocji, ale to, co dzieje się obecnie na linii Rzym–Turyn–Paryż, przypomina rasowy thriller biznesowy. Koncern Stellantis szykuje powrót legendarnej, choć zapomnianej marki Autobianchi. Jak się jednak okazuje, u podłoża tej decyzji nie leży motoryzacyjny romantyzm, lecz twarda walka o prawa autorskie i chęć zablokowania ekspansji chińskich koncernów, którym oko puścił włoski rząd.
Włoscy fotoreporterzy motoryzacyjni wypatrzyli na drogach zamaskowany prototyp Fiata Pandiny. Choć przód i tył auta tradycyjnie pokryto folią ochronną, producent celowo pozostawił jeden kluczowy element całkowicie odsłonięty: duży, wyraźny napis „TRIBUTO AUTOBIANCHI”. Wszystko wskazuje na to, że ten kontrolowany kontrolowany przeciek ma wysłać jasny sygnał rynkowi oraz politykom.
Szach-mat na pięcioletniej zasadzie
Żeby zrozumieć, o co toczy się ta gra, musimy cofnąć się o kilka tygodni. Włoski rząd, szukając sposobów na ratowanie rodzimych fabryk i miejsc pracy, zaczął kusić inwestorów z Chin. Pomysł polityków z Rzymu był prosty: przejąć od Stellantisa prawa do wygaszonych, kultowych włoskich marek – takich jak Autobianchi czy Innocenti – i przekazać je chińskim koncernom, które w zamian wybudowałyby we Włoszech swoje fabryki.
Rządzący chcieli wykorzystać lokalne przepisy chroniące historyczne znaki towarowe. Mówią one, że jeśli dana marka przez pięć lat nie wypuści na rynek żadnego seryjnie produkowanego samochodu, prawa do niej mogą zostać odebrane i wygaszone.
Stellantis właśnie wykonał ruch wyprzedzający. Wypuszczając limitowaną serię limitowaną Fiata Pandiny z logo Autobianchi, koncern formalnie „użyje” znaku towarowego w produkcji, zabezpieczając prawa do niego na kolejne lata. Chińczycy (i włoski rząd) obejdą się smakiem.
Czym będzie „nowe” Autobianchi?
Dla fanów wspomnianego już klasycznego modelu A112 (produkowanego w latach 1969–1986, znanego również z kultowych, drapieżnych wersji Abarth) wieści mogą być nieco rozczarowujące. Pod historyczną nazwą nie kryje się żaden nowoczesny, niski hot-hatch.
Będzie to przede wszystkim zabieg stylistyczny oparty na dobrze znanej, miejskiej Pandinie Cross:
- Pod maską: Brak rewolucji. Sprawdzony, prosty układ miękkiej hybrydy (Mild Hybrid) z silnikiem 1.0 litra o mocy 65 KM i manualną skrzynią biegów.
- Wizualnie: Wersja „Tributo Autobianchi” otrzyma unikalne lakiery nawiązujące do palety barw retro z lat 70. i 80., przeprojektowane zderzaki, nowe wzory felg oraz detale wewnątrz kabiny nawiązujące do dawnego stylu marki.
Czy to ma sens rynkowy?
Z biznesowego punktu widzenia – średni. Choć poczciwa Pandina wciąż sprzedaje się we Włoszech znakomicie ze względu na świetny stosunek ceny do jakości (w Polsce ceny promocyjne startują od niespełna 55 tys. zł), to wersja specjalna bazująca na bogatszej odmianie Cross na pewno tania nie będzie. Cena standardowej Pandiny Cross ociera się u nas o 80 tys. zł, co oznacza, że limitowane Autobianchi mogłoby kosztować jeszcze więcej – niebezpiecznie blisko znacznie nowocześniejszej i większej Grande Pandy.
Dla Stellantisa sukces sprzedażowy tej wersji ma jednak drugorzędne znaczenie. Koszt przygotowania pakietu stylistycznego dla istniejącego auta jest minimalny, a zysk gigantyczny – zablokowanie rządu Włoch i zatrzymanie cennych, historycznych marek w swoim portfolio. Możemy się spodziewać, że w najbliższym czasie Stellantis wykona podobny manewr z marką Innocenti.








