Odwiedziłam Japfest drugi raz i znowu przeżyłam. Poznań, drift i kompletny brak filtra

Jest taki moment podczas każdej wizyty na torze wyścigowym, w którym przestajecie się zastanawiać, dlaczego w ogóle zdecydowaliście się wstać o piątej rano. U mnie nastąpił on dokładnie wtedy, gdy pierwszy Nissan Silvia S15 przeleciał bokiem tak blisko barierki, że poczułam na twarzy podmuch gorącego powietrza zmieszanego z zapachem palonej gumy. I w tej samej sekundzie przypomniałam sobie, po co tu jestem. Bo to jest Japfest, a Japfest to nie festiwal samochodowy. To jest stan umysłu.

Tor Poznań w tym roku znowu zamienił się w coś w rodzaju japońskiej dzielnicy przeniesionej żywcem do Wielkopolski, tylko że z polskim akcentem i piwem za rozsądną cenę. Trzy dni, setki aut, dziesiątki tysięcy ludzi i jedno wspólne wyznanie: JDM albo śmierć. Serio, nigdzie indziej nie zobaczycie tylu R32, R33 i R34 w jednym miejscu, chyba że wejdziecie do czyjegoś snu z lat dziewięćdziesiątych.

Przyjechałam w sobotę rano, licząc na spokojne wejście w temat. Byłam naiwna. Już na parkingu dla gości stał rząd furek tak wypasionych, że czacha zaczęła mi parować, natomiast możliwe, że to dlatego że ten dzień był prawie tak upalny jak na Ultrace 2026 i pozostanie w stanie pełnej świadomości było utrudnione. Ktoś obok mnie mruknął pod nosem „no kurczę”, co w sumie idealnie podsumowuje pierwsze wrażenie po przekroczeniu bramek.

  • Japfest 2026 – nasza relacja

    Autor Julia Mikołajczyk/V10.pl
  • Japfest 2026 – nasza relacja

    Autor Julia Mikołajczyk/V10.pl
  • Japfest 2026 – nasza relacja

    Autor Julia Mikołajczyk/V10.pl
  • Japfest 2026 – nasza relacja

    Autor Julia Mikołajczyk/V10.pl

Drift jako główny język komunikacji

Nie oszukujmy się: na Japfest ściąga co roku niesamowite morze fanów samochodów nie po to, żeby je oglądać jak stoją. Chociaż takie też były. i to na naprawdę wysokim poziomie. Trzeba przyznać, że polska scena tuningowa przez ostatnie lata zrobiła ogromny skok jakościowy. Ale prawdziwe emocje zaczynają się, kiedy na tor wjeżdżają driftujące pary i zaczyna się ten charakterystyczny wizg opon, od którego cierpnie skóra na przedramionach.

Widziałam przejazdy, przy których cały sektor trybun wstawał jednocześnie, jakby ktoś nacisnął niewidzialny przycisk. Kierowcy potrafili wejść w zakręt tak blisko siebie, że odległość między zderzakami można było mierzyć w milimetrach. W pewnym momencie jeden z zawodników stracił nieco kontrolę przy wyjściu z łuku, samochód strzelił ogonem w bok, a publiczność zamiast krzyknąć ze strachu, zaczęła bić brawo. Ludzie wydawali się zahipnotyzowani, nie wiem czy to przez upał, spaliny, czy dym z opon, ale można było poczuć się jak członek sekty. Ale takiej cool sekty.

Skorzystałam też z przejażdżki w drift taxi, co było błędem, jeśli planowałam zachować profesjonalny dystans dziennikarski. Nie zachowałam. Krzyczałam jak trzynastolatka przy odpaleniu swojego pierwszego iPhone’a, a kierowca uśmiechał się pod nosem, najwyraźniej przyzwyczajony do tego, że każdy pasażer w pewnym momencie zaczyna się modlić o swoje życie. Ja natomiast byłam już przytomna tylko w połowie, a co za tym idzie nie byłam w stanie martwić się o siebie. Najbardziej bałam się, że ta chwila może się skończyć. 

  • Japfest 2026 – nasza relacja

    Autor Julia Mikołajczyk/V10.pl
  • Japfest 2026 – nasza relacja

    Autor Julia Mikołajczyk/V10.pl
  • Japfest 2026 – nasza relacja

    Autor Julia Mikołajczyk/V10.pl

Ludzie, blacha i dużo szczerości

To, co uwielbiam w tej imprezie najbardziej, to fakt, że nikt tu nikogo nie udaje. Właściciele aut chętnie opowiadają godzinami o swoich budowach, pokazują zdjęcia „przed”, które wyglądają jak wrak po katastrofie lotniczej, i z dumą prezentują „po”, czyli maszynę wartą więcej niż niejedno mieszkanie w centrum Poznania. Rozmawiałam z chłopakiem, który do swojego Nissana Silvii włożył więcej serca niż większość ludzi wkłada w cały swój związek. I było widać, że jest z tego szczęśliwy jak dziecko.

Strefy gastronomiczne też zasłużyły na osobny akapit, bo w międzyczasie zjadłam chyba trzy różne rzeczy na patyku, popite lemoniadą, która co prawda kosztowała tyle co bilet na pociąg do Warszawy, ale trudno – taki urok festiwali. Nikt nie przyjeżdża na Japfest liczyć się z budżetem.

Wieczorami klimat zmienił się diametralnie. Światła, muzyka, opary spalin i ludzie siedzący na maskach swoich aut jak na kanapach. Gdzieś w tle słychać było silniki odpalane tylko po to, żeby ktoś mógł nagrać kolejnego shorta na Instagrama. Rozumiem to zresztą doskonale, bo sama spędziłam więcej czasu z telefonem w ręku niż z kubkiem kawy.

  • Japfest 2026 – nasza relacja

    Autor Julia Mikołajczyk/V10.pl
  • Japfest 2026 – nasza relacja

    Autor Julia Mikołajczyk/V10.pl
  • Japfest 2026 – nasza relacja

    Autor Julia Mikołajczyk/V10.pl

Czy warto było wstawać o piątej i jechać na Japfest 2026?

Wracałam z Toru Poznań w sobotę wieczorem z zapachem spalin we włosach, obolałym gardłem od krzyku i telefonem pełnym filmów, których i tak nie dam rady nigdy wszystkich obejrzeć. Japfest po raz kolejny udowodnił, że nie potrzeba fajerwerków korporacyjnego marketingu, żeby stworzyć imprezę, na którą ludzie czekają cały rok. Wystarczy pasja, trochę szaleństwa i odpowiednia ilość gumy zostawionej na asfalcie.

Jeśli ktoś zapyta mnie, czy było warto, odpowiem tak jak zawsze: pytanie brzmi raczej, czy byłoby warto nie jechać. A na to pytanie odpowiedzi udzielić nie potrafię, bo po prostu już kolejny raz tam byłam.

  • Japfest 2026 – nasza relacja

    Autor Julia Mikołajczyk/V10.pl
  • Japfest 2026 – nasza relacja

    Autor Julia Mikołajczyk/V10.pl
  • Japfest 2026 – nasza relacja

    Autor Julia Mikołajczyk/V10.pl
  • Japfest 2026 – nasza relacja

    Autor Julia Mikołajczyk/V10.pl