Ministerstwo Cyfryzacji rzuca wyzwanie tradycyjnej papierologii. Do konsultacji trafił właśnie kompleksowy projekt zmian w przepisach, który ma przenieść większość formalności związanych z posiadaniem i rejestracją pojazdów wprost do ekranów naszych telefonów. Największa zmiana? Tradycyjny, fizyczny dowód rejestracyjny ma odejść do lamusa.

Projekt ustawy stanowi bezpośrednią odpowiedź na unijne trendy – zaledwie miesiąc temu Komitet Transportu i Turystyki UE opowiedział się za wygaszeniem wydawania papierowych dokumentów pojazdów w ciągu najbliższych trzech lat. Polska nie zamierza czekać w ogonie i już teraz szykuje grunt pod nową, cyfrową rzeczywistość.

Smartfon zamiast wizyty w wydziale komunikacji

Z perspektywy właścicieli aut kluczowym elementem reformy będzie rozbudowa rządowej aplikacji mObywatel. Ministerstwo planuje stworzyć w niej potężny hub administracyjny, dzięki któremu z poziomu kanapy załatwimy sprawy, które dotychczas wymagały stania w urzędowych kolejkach. Przez aplikację będzie można m.in.:

Dodatkowo urzędnicy zyskają bezpośredni wgląd do bazy CEPiK w zakresie badań lekarskich czy kursów reedukacyjnych, co skróci czas weryfikacji wniosków. Dużą nowością jest też rozszerzenie listy podmiotów mogących rejestrować auta o firmy finansujące (np. leasingodawców), co uprości zakup aut na firmę.

Zmiany odczują także osoby dopiero starające się o uprawnienia do kierowania pojazdami. Projekt zakłada całkowitą likwidację tzw. Profilu Kandydata na Kierowcę (PKK) w obecnej formie. Zastąpi go identyfikacja za pomocą numeru PESEL. Dla obcokrajowców oznacza to, że przed przystąpieniem do kursu na prawo jazdy w Polsce, będą musieli najpierw przejść procedurę nadania tego numeru.

Smartfon zastąpi papierowy dowód rejestracyjny

Kiedy rewolucja wejdzie w życie?

Choć przepisy cyfryzacyjne trafiły już do 30-dniowych konsultacji społecznych, na ostateczny koniec ery papieru jeszcze chwilę poczekamy. Zgodnie z planami resortu, pełne zastąpienie tradycyjnych dowodów rejestracyjnych ich cyfrowymi odpowiednikami ma nastąpić w 2028 roku.

Co ważne dla tradycjonalistów: papierowa forma nie zostanie całkowicie zakazana. Osoby, które z różnych powodów będą chciały posiadać fizyczny dokument, zachowają prawo do złożenia wniosku o jego wydanie i odebrania go w urzędzie lub za pośrednictwem poczty.

Toyota zaprezentowała oficjalny cennik zmodernizowanego Yarisa Cross. Najpopularniejszy miejski crossover w Polsce wjeżdża do salonów z odświeżonym wyglądem, cyfrowym wnętrzem oraz – co najważniejsze – dodatkowym, mocniejszym układem hybrydowym o mocy 130 KM. Sprawdź, ile kosztują poszczególne wersje.

Yaris Cross to prawdziwa kura znosząca złote jajka dla japońskiego producenta. Model ten zamyka obecnie pierwszą piątkę najchętniej kupowanych nowych samochodów w Polsce (z wynikiem 5905 zarejestrowanych sztuk), ustępując pola jedynie Corolli, Octavii, Sportage oraz większej siostrze C-HR. Lifting ma pomóc utrzymać tę dominującą pozycję.

Dwie hybrydy Yaris Cross do wyboru. Debiutuje wersja 130-konna

Najważniejszą zmianą techniczną jest wprowadzenie do gamy mocniejszego napędu hybrydowego 1.5 Hybrid 130 KM. Dzięki nowemu silnikowi elektrycznemu maksymalny moment obrotowy wzrósł ze 141 Nm do 185 Nm, co skraca czas przyspieszenia do setki do 10,7 sekundy i znacznie poprawia elastyczność podczas wyprzedzania.

Dotychczasowy, sprawdzony wariant 116 KM pozostaje w ofercie jako opcja bazowa. Obie jednostki współpracują z przekładnią e-CVT, a mocniejsza odmiana może być opcjonalnie wyposażona w inteligentny napęd na cztery koła AWD-i.

  • Toyota Yaris Cross High Grade Precious Bronze

    Toyota Yaris Cross High Grade Precious Bronze

  • Toyota Yaris Cross High Grade Precious Bronze

    Toyota Yaris Cross High Grade Precious Bronze

  • Toyota Yaris Cross High Grade Precious Bronze

    Toyota Yaris Cross High Grade Precious Bronze

Pięć wersji wyposażenia. Co w standardzie?

Klienci mają do wyboru pięć poziomów wyposażenia. Nowością na liście opcji są m.in. cyfrowe zegary 12,3 cala, większy ekran multimediów 10,5 cala z nawigacją online oraz system oczyszczania powietrza Nanoe-X.

Ofertę otwiera wersja Active, która w standardzie oferuje m.in. 16-calowe alufelgi, podgrzewane fotele przednie, reflektory przeciwmgielne LED oraz elektryczną regulację odcinka lędźwiowego dla kierowcy. Wyżej w hierarchii stoją odmiany Comfort, Style, komfortowa Executive oraz usportowiona wizualnie GR Sport.

Oficjalny cennik nowej Toyoty Yaris Cross

Ceny zmodernizowanego crossovera startują od poziomu 110 900 zł. Chcąc przesiąść się na mocniejszy wariant 130-konny, musimy przygotować co najmniej 119 900 zł. Szczegółowy cennik – uwzględniający zarówno wersje z napędem na przednią oś, jak i napędem AWD-i – prezentuje się następująco:

Hybryda 116 KM (Napęd na przód):

Hybryda 130 KM (Napęd na przód):

Hybryda 130 KM (Napęd na cztery koła AWD-i):

  • Toyota Yaris Cross High Grade Precious Bronze

    Toyota Yaris Cross High Grade Precious Bronze

  • Toyota Yaris Cross High Grade Precious Bronze

    Toyota Yaris Cross High Grade Precious Bronze

  • Toyota Yaris Cross High Grade Precious Bronze

    Toyota Yaris Cross High Grade Precious Bronze

Sezon wakacyjny to dla polskich kierowców tradycyjny test cierpliwości. Ministerstwo Infrastruktury, we współpracy z koncesjonariuszem północnego odcinka autostrady A1, przygotowało na obecny oraz wakacyjne weekendy mechanizm mający rozładować gigantyczne zatory przed punktami poboru opłat. Choć wizja darmowego przejazdu brzmi kusząco, w rzeczywistości kryje w sobie pułapkę. W tym samym czasie sieć odcinkowych pomiarów prędkości na tej trasie zaciska się mocniej niż kiedykolwiek.

Infrastruktura drogowa w Polsce w okresach urlopowych przeżywa prawdziwe oblężenie. Kluczowym wąskim gardłem od lat pozostaje koncesyjny odcinek autostrady A1 łączący Toruń z Gdańskiem. Aby uniknąć paraliżu komunikacyjnego i wielokilometrowych sznurów aut oczekujących na pobór opłat, resort infrastruktury zdecydował się na ponowne wdrożenie procedury awaryjnego podnoszenia szlabanów. Decyzja ta ma jednak charakter ściśle warunkowy i nie oznacza bezwzględnego zwolnienia z opłat przez cały okres letni.

Wentyl bezpieczeństwa na bramkach: Jak działa system?

Zasada działania systemu automatycznego otwierania bramek opiera się na ciągłym monitorowaniu natężenia ruchu oraz czasu oczekiwania pojazdów. Porozumienie zawarte pomiędzy Ministerstwem Infrastruktury a spółką Gdańsk Transport Company SA (zarządcą odcinka) precyzuje jasne kryteria, przy których zatory uprawniają do darmowego przejazdu.

Procedura zakłada, że jeśli czas oczekiwania na uiszczenie opłaty w kluczowych punktach – takich jak Punkt Poboru Opłat (PPO) Rusocin, PPO Nowa Wieś czy Stacja Poboru Opłat (SPO) Nowe Marzy – przekroczy próg 25 minut, zarządca ma prawo i obowiązek czasowo zrezygnować z pobierania opłat. Podniesienie szlabanów obejmie wówczas wszystkie kategorie pojazdów. Standardowo taki „darmowy interwał” potrwa 30 minut, z możliwością wydłużenia do 45 minut w momentach krytycznego spiętrzenia potoku aut.

Warto podkreślić ramy czasowe tego projektu. Poza kończącym się już czerwcowym weekendem Bożego Ciała, rozwiązanie to będzie aktywowane wyłącznie w weekendy wakacyjne – począwszy od piątku 26 czerwca, aż do niedzieli 30 sierpnia 2026 roku. W dni powszednie, pomimo ewentualnego tłoku, kierowcy będą musieli wnosić opłaty zgodnie z obowiązującym cennikiem.

autostrada a2

Elektroniczny bat nad kierowcami – odcinkowe pomiary prędkości

O ile ułatwienia na bramkach mogą przynieść kierowcom chwilową ulgę i oszczędność czasu, o tyle próba nadrobienia opóźnień na pozostałych odcinkach trasy może okazać się niezwykle kosztowna. Równolegle z udrożnieniem punktów poboru opłat następuje bowiem masowa rozbudowa systemu automatycznego nadzoru nad ruchem drogowym.

Do końca czerwca 2026 roku Główny Inspektorat Transportu Drogowego (w ramach struktur CANARD) planuje sfinalizować uruchomienie serii nowych odcinkowych pomiarów prędkości (OPP). Projekt o łącznej wartości blisko 85 milionów złotych drastycznie zmienia mapę kontroli prędkości w Polsce. Docelowo system będzie zarządzał 114 instalacjami, które obejmą swoim zasięgiem aż 670 kilometrów dróg szybkiego ruchu i autostrad.

Nowe i istniejące strefy OPP na autostradzie A1 obejmują kluczowe szlaki logistyczne:

Psychologiczna pułapka płynnej jazdy

Z perspektywy psychologii ruchu drogowego, kierowca, który minie bramki bez konieczności zatrzymania, odczuwa redukcję stresu i naturalną tendencję do utrzymywania wyższej dynamiki jazdy. Z kolei ci, którzy spędzą w korku kilkanaście minut, tuż po podniesieniu szlabanów wykazują skłonność do agresywnego przyspieszania, próbując „odrobić” stracone chwile.

Właśnie na to zjawisko nakłada się siatka nowych fotoradarów średniej prędkości. O ile pojedynczy fotoradar łatwo ominąć chwilowym hamowaniem, o tyle odcinkowy pomiar prędkości weryfikuje styl jazdy na dystansie kilkunastu kilometrów. Ignorowanie tych stref przy obecnym taryfikatorze mandatów może skutkować stratami finansowymi wielokrotnie przewyższającymi koszt samej opłaty autostradowej.

Strategia rządu na lato jasno pokazuje priorytety – celem jest maksymalne udrożnienie tras nadmorskich przy jednoczesnym bezwzględnym egzekwowaniu limitów prędkości. Darmowe bramki na A1 to pomoc humanitarna dla płynności ruchu, a nie zaproszenie do szybszej jazdy. Najlepszym sposobem na bezpieczny i tani powrót z wakacji pozostaje tempomat ustawiony na przepisowe 140 km/h.

Polskie prawo drogowe dynamicznie dostosowuje się do rosnącej popularności mikromobilności. W minioną srodę, 3 czerwca weszły w życie kluczowe nowelizacje Prawa o ruchu drogowym, które wprowadzają bezwzględny nakaz jazdy w kaskach ochronnych dla najmłodszych użytkowników jednośladów i urządzeń elektrycznych. Dla opiekunów ignorujących nowe przepisy przewidziano kary finansowe.

Statystyki policyjne pokazują, że polscy rowerzyści są pod coraz większą lupą służb – w całym 2025 roku mundurowi nałożyli na nich aż 76,1 tysiąca mandatów. Rok 2026 może przynieść kolejny rekord, ponieważ katalog wykroczeń właśnie się rozszerzył. Nowe regulacje mają jednak jasny cel: maksymalną ochronę zdrowia dzieci i młodzieży, którzy w strukturze wypadków drogowych są grupą najbardziej narażoną na poważne urazy.

Kto musi założyć kask? Granica wieku i rodzaje pojazdów

Zgodnie z nowo wprowadzonym art. 33 ust. 1b Prawa o ruchu drogowym, obowiązek jazdy w kasku ochronnym dotyczy wszystkich osób, które nie ukończyły 16. roku życia. Przepis ten nie ogranicza się wyłącznie do tradycyjnych rowerów. Nakaz obejmuje młodocianych kierujących:

Warto przy tym pamiętać o innej, komplementarnej zmianie, która weszła w życie 3 marca 2026 roku: dzieci poniżej 13. roku życia mają całkowity zakaz poruszania się na hulajnogach elektrycznych oraz UTO w ruchu drogowym.

kask rowerowy

Jeżeli policja zatrzyma do kontroli osobę poniżej 16. roku życia jadącą bez kasku, konsekwencje finansowe poniosą dorośli. Mandat za to wykroczenie wynosi 100 zł, a grzywną zostaną obciążeni rodzice lub opiekunowie prawni, na których ciąży obowiązek nadzoru nad małoletnim.

Bezpieczeństwo najmłodszych: foteliki, przyczepki i wózki

Nowelizacja bardzo precyzyjnie reguluje kwestię przewożenia dzieci do 7. roku życia:

  1. Tradycyjny fotelik rowerowy: Dziecko musi mieć na sobie kask. Jedynym wyjątkiem jest sytuacja, w której fotelik posiada zintegrowane pasy bezpieczeństwa, a jego specyficzna konstrukcja fizycznie uniemożliwia założenie dziecku kasku ochronnego.
  2. Przyczepka rowerowa: Jeśli maluch podróżuje w zabezpieczonej pasami przyczepce, kask nie jest wymagany.
  3. Wózek rowerowy: Jeżeli konstrukcja wózka pozwala na założenie kasku, dziecko musi go mieć na głowie.

Co ważne, ustawodawca wprowadził także całkowity zakaz ciągnięcia przyczepek rowerowych oraz wózków rowerowych za pomocą pojazdów wyposażonych w pomocniczy napęd spalinowy.

Jaki kask spełnia kryteria prawne? Ministerstwo wyjaśnia

Zapis w ustawie mówi o kasku „odpowiadającym właściwym warunkom technicznym”. Aby uniknąć wątpliwości interpretacyjnych, Ministerstwo Infrastruktury doprecyzowało, co to oznacza w praktyce.

Kluczowe parametry techniczne legalnego kasku to:

Nalepki z tymi symbolami znajdują się zazwyczaj na wewnętrznej skorupie kasku. Eksperci przypominają, że poza samym certyfikatem kask musi być precyzyjnie dobrany do obwodu głowy dziecka, odpowiednio wyregulowany na paskach mocujących i wyposażony w solidne, łatwe w obsłudze zapięcie. Przy zakupie warto również sugerować się niezależnymi testami bezpieczeństwa (np. ADAC).

A znacie ten żart o tym, że Ferrari Luce napędzane jest przez Enzo Ferrariego przewracającego się w swoim grobie? Od momentu debiutu pierwszego elektryka Made in Maranello nie milkną emocjonujące, czy wprost krytyczne komentarze dotyczące jego wyglądu. Prawda jest jednak taka, że w swojej blisko osiemdziesięcioletniej historii ta włoska marka miała kilka projektów odważnych, czy wprost koślawych. Przypominamy 10 najdziwniejszych.

Ferrari 330 GT Shooting Brake Vignale (1967) (fot. RM Sotheby’s)

01

Ferrari 330 GT Shooting Brake (1967)

Jeśli uważasz, że bryła Luce nie pasuje do tradycji włoskich superaut z koniem na masce, to musisz wiedzieć, że Ferrari w swojej historii dorobiło się 11 kombi. Z jednym wyjątkiem wszystkie były dwudrzwiowe, a więc były to wedle nomenklatury brytyjskiej auta typu „shooting brake”. Prócz seryjnych modeli FF i GTC4Lusso wszystkie powstały w jednostkowych egzemplarzach, często wykonywanych na indywidualne zlecenie jakiegoś bogatego ekscentryka przez zewnętrzny warsztat lub dealera, bez udziału, czy nawet wiedzy samego Ferrari.

Do tej drugiej grupy należy prezentowane auto, które zaczęło życie w 1965 r. jako perfekcyjnie normalne Ferrari 330 GT drugiej serii. Jednak dwa lata później przedstawiciel Ferrari na wschodnim wybrzeżu USA, Luigi Chinetti Jr., odesłał auto z powrotem do Carrozzerii Vignale w Turynie, by ta ubrała klasyczne włoskie GT w projekt zawarty w kilku psychodelicznych rysunkach naszkicowanych przez kolegę Chinettiego, amerykańskiego ilustratora Boba Peaka. Tak powstało awangardowe kombi z wolnossącym V12 o mocy 300 KM pokryte złotym lakierem. Do galerii osobliwości, które na przestrzeni lat były właścicielami tego unikatowego egzemplarza, należy wokalista zespołu Jamiroquai, Jay Kay.

Ferrari 250 P5 Berlinetta Speciale (1968) (fot. archiwum Pininfariny)

02

Ferrari 250 P5 Berlinetta Speciale (1968)

Nawet jeśli sam Enzo Ferrari nie był skłonny do eksperymentów z projektami nadwozi i nie krył swojej rezerwy choćby do kwestii aerodynamiki, to obsługujące go studia projektowe miały inne zdanie na ten temat. Dysponująca w drugiej połowie lat 60. nadwyżką podwozi po torowych prototypach marki, z którymi zespół wyścigowy z Maranello nie miał co zrobić, Pininfarina wykorzystała je do stworzenia serii kosmicznych projektów powstałych tylko w jednym celu: fejmu.

W czasach, gdy polska motoryzacja z dumą wprowadzała do produkcji Fiata 125p, włoskie studio pokazało to: model koncepcyjny o nazwie P5. Te na pozór bardzo oderwane od realiów świata 60 lat temu linie przyniosły bardzo wymierne skutki: miedzy innymi na bazie tego projektu powstało Dino 206 GT, a koncepcja przednich świateł zawartych w formie futurystycznego pasa już kilka miesięcy później została wprowadzona w życie w pierwszej wersji 365 GTB/4 Daytony.

Ferrari 3Z Spyder (1971) (fot. archiwum Zagato)

03

Ferrari 3Z Spyder (1971)

Trudno mi wybronić ten projekt, zwłaszcza że powstał na podwoziu jednego z najpiękniejszych Ferrari w historii, 250 GT SWB. Jednak 10 lat po jego wyprodukowaniu w roku 1961 czasy i mody się bardzo zmieniły, czemu chciał dać znów wyraz Luigi Chinetti Jr. Tym razem po pomoc zgłosił się do wieloletniego „krawca” Ferrari – Atelier Zagato. Studio z Mediolanu, które samo przeistoczyło się z dostawcy nadwozi wyścigowych w coś na kształt domu mody motoryzacyjnej, wróciło do niego z takim bardzo wpisującym się w ówczesne trendy, kanciastym nadwoziem inspirowanym hełmem starożytnych wojowników… 

Ferrari Studio CR 25 (1974) (fot. archiwum Pininfariny)

04

Ferrari Studio CR 25 (1974)

Choć auta Ferrari kojarzą nam się z czerwonymi bolidami wyścigowymi, to prawie od samego początku istnienia tej marki fundament jej sprzedaży stanowiły duże i wygodne, czteroosobowe GT. I prawie że też od początku jej istnienia zastanawiano się, jak poszerzyć działalność Ferrari w tym obszarze.

Ciekawą odpowiedź przywiozła na targi motoryzacyjne w Turynie w 1974 r. Pininfarina, która pokazała radykalną wizję Ferrari przyszłości, reprezentującego zupełnie nowy poziom komfortu, praktyczności i bezpieczeństwa. Przypomina Wam to coś? Podobieństwa z Luce są zbyt duże, by je ignorować: obydwa projektu odznaczają się nawet dokładnie tym samym współczynnikiem oporu powietrza Cx 0,25. Wtedy jednak Ferrari nie miało odwagi wprowadzić takiego auta do sprzedaży: zostali przy konserwatywnym 365 GT4, które z czasem przeistoczyło się w 412i, utrzymywane przy życiu aż do roku 1989.

Ferrari 308 GT Rainbow (1976) (fot. archiwum Bertone)

05

Ferrari 308 GT Rainbow (1976)

Dino 308 GT4 było jedynym seryjnie produkowanym modelem Ferrari z nadwoziem zaprojektowanym przez Bertone. Mniej znany rywal Pininfariny z Turynu tak się cieszył tym faktem, że dwa lata po jego premierze na swoim stoisku pokazał prezentowany prototyp. Zaprojektowany przez tę samą osobę co Dino – wielkiego Marcello Gandiniego, projektanta Lamborghini Miury i Countacha – pokazywał, do jakich ekstremów można było rozwinąć tę koncepcję. Jak widać była ona średnio udana, bo model nigdy nie doczekał się produkcji, a Ferrari szybko wróciło do współpracy z Pininfariną.

Ferrari Pinin (1980) (fot. archiwum Pininfariny)

06

Ferrari Pinin (1980)

Kolejny dowód na to, że Ferrari długo nie wyszło poza schemat poza dwudrzwiowego auta sportowego nie dlatego, że nie chciało, tylko dlatego, że nie umiało. Prace nad bardziej wszechstronnym modelem z drugą parą drzwi trwały w Maranello już dekady temu. Przy ówczesnym stanie wiedzy technicznej inżynierowie nie potrafili jednak połączyć takiej formy nadwozia z oczekiwaną dynamiką prowadzenia.

Czego jednak nie zrobiło samo Ferrari, to dokończyła niezależnie Pininfarina. Przygotowany na 50. urodziny biura projektowego, powstały w jednym egzemplarzu sedan wprawił w 1980 r. osłupienie cały świat, wliczając to samego Enzo Ferrariego, przed którym auto było trzymane w tajemnicy. Do dziś nie wiadomo, co tak naprawdę myślał sobie o wielkiej limuzynie, bogato wyposażonej w miękkie skóry, telefon i rzędy przycisków do obsługi licznych wygód… chociaż trochę wiadomo, bo nigdy nie trafiła ona do produkcji.

Ferrari 408 4RM (1987) (fot. archiwum Ferrari)

07

Ferrari 408 4RM (1987)

Kolejny dowód na to, że Ferrari już od dawna myślało o rozwiązaniach, co do których nawet dziś nie może się przekonać wielu purystów marki, przekreślających je jako nie licujące z założeniami marki i jej założyciela. W tym przypadku takim rozwiązaniem był napęd na cztery koła: w latach 80. nad jego adaptacją do przyszłych aut z Maranello pracował bardzo utalentowany inżynier i twórca wielu bolidów Formuły 1 Scuderii Mauro Forghieri. 

Celem projektu 408 4RM było sprawdzenie zachowania innowacyjnego napędu z centralnym sprzęgłem hydraulicznym. Ostatecznie projekt zarzucono ze względu na dużą wagę (dodatkowe 200 kg). Do układu AWD w Maranello powrócono dopiero w 2011 r., gdy do produkcji wprowadzono model FF z równie nietypowym rozwiązaniem spełniającym już oczekiwania marki co do wagi i dynamiki dostarczania momentu obrotowego.

Ferrari PPG Pace Car (1987) (fot. archiwum Ferrari)

08

Ferrari PPG Pace Car (1987)

Choć nie mam dowodów na to, że projektanci Ferrari Luce inspirowali się przy swojej pracy tym zapomnianym autem sprzed czterech dekad, to i tym razem podobieństwa są zbyt duże, by ich nie wyciągnąć na powierzchnię. PPG Pace Car powstał – jak sama nazwa wskazuje – jako samochód bezpieczeństwa na słynny wyścig Indianapolis 500 w 1987 r.

W latach 80. i 90. globalny gigant lakierów samochodowych, firma PPG, stworzyła całą serię modeli służących do prowadzenia stawki w Indy, w których znalazła sobie taki pomysłowy sposób na promocję. Tak powstało kilka absolutnie świetnych wyprodukowanych tylko w jednej sztuce prototypów, jak AMC Renault 5 Turb II z 1982 r., Dodge M4S Interceptor z 1986 r. czy też Chevrolet XT2 z 1989 r. Do tego grona dość zaskakująco dołączyło również Ferrari, które kosztem miliona dolarów przebudowało z pomocą Instytutu I.De.A. seryjnego Mondiala t na takie studium prezentujące przyszłość marki. Podobno w warunkach amerykańskich wyścigów spisywało się świetnie, o ile działało – a głównie się psuło.

Michalak Conciso (1993) (fot. archiwum Studio Michalak Design)

09

Michalak Conciso (1993)

Ten samochód nie ma tak naprawdę nic wspólnego z Ferrari – a szkoda, bo mógłby mieć. Zbudował je na początku lat 90. pasjonat i designer Bernd Michalak z Moguncji, który na bazie poczciwego 328 GTS zaprezentował swoją wizję kierunku, w którym powinna podążać wtedy ta włoska legend motoryzacji. A przepis brzmiał: lekki roadster bez żadnych zbędnych elementów (nawet lampy zamontowano w błotnikach). W środku tylko miejsce na dwie osoby i kaski, na które przygotowano wnęki w drzwiach. Może i zbudowane garażowymi metodami rękodzieło wyglądało z przodu jak dziobak, ale pan Michalak dobrze kombinował: z wagą na poziomie 900 kg Conciso na pewno oferował nowy typ radości z jazdy Ferrari.

Ferrari P540 Superfast Aperta (2009) (fot. archiwum Ferrari)

10

Ferrari P540 Superfast Aperta (2009)

Pod koniec pierwszej dekady XXI w. rynek i możliwości techniczne Ferrari znów spotkały się w punkcie, który umożliwił tworzenie unikatowych samochodów na specjalne zamówienie. Zainicjowany w tym celu dział Ferrari Special Pojects wkrótce wydał na świat model SP1, a następnie ten: P540 Superfast Aperta.

Historia powstania jest zgodna z tym, czego można się spodziewać: amerykański miliarder na jesień swojego życia pod wpływem sentymentu pragnie znów poczuć się jak w czasach swojej młodości i realizuje projekt samochodu, który pomoże mu przenieść się 60 lat wstecz. Inspirację w tym przypadku stanowił szczególny samochód: złote Ferrari 330 LMB z otwartym nadwoziem Carrozzerii Fantuzzi, a dokładniej film, w którym występował: „Trzy koki w szaleństwo” z 1968 r. Dla mnie finalny efekt prac to dowód na to, że miejsce wspomnień leży w przeszłości. Dziś dział Special Projects istnieje dalej, ale przewodzący mu projektant Flavio Manzoni ma już dużo większą kontrolę nad marzeniami klientów. 

Po premierze Lamborghini Temerario czekaliśmy na odpowiedź Audi, czyli model R8. Ten miał nigdy nie nadejść, ale jak widać pokusa była zbyt silna, żeby się jej oprzeć: Niemcy zaprezentowali właśnie limitowany do 499 egzemplarzy model Nuvolari, który łączy technologię z Sant’Agata Bolognese z nowym językiem stylistycznym z Ingolstadt.

W przeddzień Grand Prix Monako Audi – teraz już jako jeden z zespołów w stawce F1 – zaprezentowało swój nowy supersamochód: warty około 2 miliony złotych limitowany do 499 egzemplarzy model napędzany przez hybrydowy system o mocy 1001 KM, którego serce stanowi czterolitrowe V8 zdolne kręcić się do 10 tys. obr./min.

Nikt się tego za bardzo nie spodziewał, prawda? (No, może poza tymi 499 osobami, które ponoć wykupiły swoje miejsce w kolejce do tego modelu już rok temu). Przecież Audi samo mówiło, że NIE zrobią takiego samochodu: licząca 18 lat historia R8 jako odpowiednika Lamborghini dla ludu dobiegła końca w marcu 2024 roku. 

Jednak nowy zespół tworzący tę markę – z szefem Gernotem Döllnerem i szefem designu Massimo Frascellą na czele – potrzebował symbolu, który tchnie nowe życie w markę, w której – bądźmy szczerzy – jeszcze do niedawna nic zbyt ciekawego się nie działo.

01/03
    • Audi Nuvolari rysunek

      Audi Nuvolari (2026)

      Autor Audi
    • Audi Nuvolari rysunek

      Audi Nuvolari (2026)

      Autor Audi
    • Audi Nuvolari rysunek

      Audi Nuvolari (2026)

      Autor Audi

    Teraz jednak zaniedbania ostatnich lat są szybko nadrabiane. Pierwszy posmak tego, czego spodziewać się po nowym Audi, już kilka miesięcy temu dał nam Concept C: kompaktowy roadster utrzymany w stylu legendarnych Srebrnych Strzał marki z okresu międzywojennego.

    Jego naprawdę świetny, otwierający nowy rozdział w historii Audi styl miał zapowiadać design przyszłych modeli marki w „bliżej nieokreślonej przyszłości”. Ta nastąpiła szybciej niż ktokolwiek się spodziewał.

    Audi Nuvolari to genialne połączenie włoskiej egzotyki z niemieckim designem

    Jak dobre połączenie w motoryzacji może przynieść połączenie niemieckiej techniki z włoskim temperamentem zaprezentował już w latach 30. duet poprzedzającego Audi Auto Uniona z Tazio Nuvolarim – bez dwóch zdań najlepszym swojego pokolenia, który poprowadził kosmicznie zaawansowany na tamte czasy srebrny bolid Type D do licznych Grand Prix.

    01/03
      • Audi Nuvolari 3/4 przód z góry

        Audi Nuvolari (2026)

        Autor Audi
      • Audi Nuvolari 3/4 tył

        Audi Nuvolari (2026)

        Autor Audi
      • Audi Nuvolari (2026)

        Autor Audi

      Nuvolari A.D. 2026 w przepiękny sposób opowiada tamtą historię w bardzo nowoczesny sposób. Widać, że gdzieś tam pod spodem kryje się Lamborghini Temerario – zdradza to charakterystyczna dla egzotyków z Sant’Agata Bolognese linia boczna z radykalnie przesuniętą do przodu kabiną oraz lokalizacja zakończenia układu wydechowego w centralnym punkcie tyłu – ale na tej bazie osiągnięto zupełnie nową jakość. 

      Pozbawiona wystających elementów (tylne skrzydło będzie się unosić), wyglądająca jak lity blok metalu bryła stwarza posągowe wrażenie. Ten sam efekt uzyskano w kabinie, która do segmentu supersamochodów wnosi niewidzianą tu wcześniej ponadczasową powagę i elegancję.

      01/02
        • Audi Nuvolari wnętrze

          Audi Nuvolari (2026)

          Autor Audi
        • Audi Nuvolari (2026)

          Autor Audi

        To nie do końca Temerario w przebraniu

        Serce über-Audi stanowi napęd Lambrghini Temerario, ale nie przeniesiony tu 1:1 tak jak miało to miejsce w czasach Audi R8 i Lamborghini Huracana (albo Audi A3 i Volkswagena Golfa i Skody Octavii). Po pierwsze, same parametry hybrydowego napędu są równe z pozycjonowanym o klasę wyżej Revuelto: kierowca dostaje do zabawy łącznie 1001 KM i 730 Nm (co pokazuje, że baby-Lambo też by mogło z łatwością zagrozić swojemu starszemu bratu).

        Tutaj w ramach funkcjonowania w jednej hierarchii osiągi ustawiono następująco: przyspieszenie do 100 km/h w 2,6 sekundy, do 200 km/h 6,8 sekundy i prędkość maksymalna 350 km/h. Jako osoba, która mogła poczuć na własnej skórze pełnię osiągów Temerario to powiem Wam, że to będzie naprawdę bardzo, bardzo, ale to bardzo szybkie auto.

        Czterolitrowe V8 z tytanowymi korbowodami znów kręci się do 10 tys. obr./min i generuje przy tym 800 KM, a resztę uzupełniają trzy silniki elektryczne. Inaczej niż w Temerario jednak tutaj elektryczna część napędu została ustawiona inaczej (z mocniejszym „dołem” od ruszenia).

        01/03
          • Audi Nuvolari przód

            Audi Nuvolari (2026)

            Autor Audi
          • Audi Nuvolari przód

            Audi Nuvolari (2026)

            Autor Audi
          • Audi Nuvolari tył

            Audi Nuvolari (2026)

            Autor Audi

          Zastosowano również pojemniejszy (choć nie większy wymiarami) akumulator 7,3 kWh brutto. Bardziej jednak w celu utrzymania dłużej maksymalnych osiągów niż wydłużania zasięgu jazdy na samym prądzie podczas porannej podwózki dziecka do szkoły.

          Nowy jest również układ przenoszenia napędu na cztery koła. Audi odwołuje się tutaj do swojej tradycji quattro i nazywa nowy system Quattro Predictive Ride. Wykorzystuje on nową generację czujników 3D do jeszcze precyzyjniejszego i szybszego określania sił działających na samochód i reagowania na nie elektroniką pracującą wedle złożonego modelu matematycznego.

          Co jednak ciekawe, miejsce aktywnego zawieszenia zajęło pasywne – tak jak w prawdziwych samochodach wyścigowych dla kierowców znających się na rzeczy, a nie jak w jakichś zabawkach dla szpanerów. 

          Pasywne zawieszenie to obok nadwozia wykonanego z włókna węglowego powody, dla których inżynierom w Audi udało się zejść z wagą Nuvolari ciut poniżej Temerario – do 1750 kg.

          Nawet jeśli jest to tylko krótka seria modelu, który zostanie ostrożnie schowany w 499 klimatyzowanych garażach w różnych częściach świata, Nuvolari stanowi bardzo ważny znak dla nas wszystkich. Pokazuje on, że po kilku ostatnich latach zagubienia, które zaowocowały dużymi spóźnieniami nowych modeli – a następnie rozczarowaniem ich pozbawionym charakteru wyglądem, gdy już się pojawiły – Audi znów zaczyna być fajne. Jeszcze zobaczycie: te występy w Formule 1 i inspirowane Srebrnymi Strzałami projekty przełożą się na to, jak będzie wyglądało Twoje następne A3 czy RS 6!

          Mateusz Żuchowski

          Redaktor naczelny V10.pl

          Jest wyłącznie elektryczny, bardzo kontrowersyjny z wyglądu… i jest już w Polsce. Powitajmy drugą generację Mercedesa-AMG GT 4-doora, która zawitała do Warszawy na okoliczność wystawnego otwarcia salonu Mercedes-Benz Nowy Świat. To co: kieliszek szampana w dłoń i idziemy przekonać się jak wypada ta najgłośniejsza nowość marki ostatnich miesięcy na żywo.

          Nowy salon Mercedes-Benz Nowy Świat oraz stanowiące jego część Maybach Atelier rozpoczęły właśnie działalność pod bardzo prestiżowym adresem w samym sercu stolicy, w kryjącym wiele legend i tajemnic gmachu dawnego KC PZPR, który po przemianie ustrojowej przeistoczył się w Centrum Bankowo-Finansowe „Nowy Świat”. 

          To dokładnie w tych samych ścianach kilkanaście lat temu otworzył swe podwoje pierwszy w Polsce salon Ferrari i sądzę, że to zestawienie najlepiej podsumowuje czym ma być to miejsce, a szerzej – obecnie cały Mercedes. Na utrzymanej w klimacie imprez Wielkiego Gatsby’ego premiera nowego obiektu – którą narzuciły błyszczące tu również inne nowości, Mercedes-Maybach klasy S oraz koncepcyjny Mercedes Vision Iconic – liczyło się tylko bogactwo i subarytyzm.

          @v10.pl

          Co tu dużo mówić: Maybach zjechał do Warszawy i nagle ludzie zaczęli szukać znaku nietoperza na niebie! #maybach #mercedes #motoryzacja #luxurycars #samochody

          ♬ oryginalny dźwięk – V10.pl

          Powiecie: to nic nowego, o to zawsze chodziło w tej marce, więc teraz wraca ona do swoich korzeni. Ale wtedy zobaczycie nowego GT 4-doora i pomyślicie sobie, że jednak z historią nie ma on nic wspólnego.

          Nowy Mercedes-AMG GT 4-door już oficjalnie. Podstawowe fakty

          To, co widzicie tutaj, to następca produkowanego w latach 2018 – 2025 czterodrzwiowego Mercedesa AMG GT. Naprawdę: to wersja produkcyjna (o wewnętrznym oznaczeniu C590), która w Warszawie pojawiła się zaledwie 10 dni po światowym debiucie w Los Angeles.

          Pod względem wymiarów jest praktycznie identyczny z poprzednikiem. Co oznacza, że to duży wóz w formie spłaszczonego liftbacka (nie lubię określać tego mianem coupe, nawet jeśli drzwi nie mają ramek), mierzący całe 5,09 m długości (+ 4 cm), 1,96 m szerokości (+ 1 cm) oraz 1,41 m wysokości. 

          01/03
            • Mercedes-AMG GT 63 4-door Coupé bok

              Mercedes-AMG GT 63 4-door Coupé (2026)

              Autor Mercedes-Benz Polska
            • Mercedes-AMG GT 63 4-door Coupé przód

              Mercedes-AMG GT 63 4-door Coupé (2026)

              Autor Mercedes-Benz Polska
            • Mercedes-AMG GT 63 4-door Coupé (2026)

              Autor Mercedes-Benz Polska

            Ten ostatni parametr robi szczególne wrażenie, bo oznacza to, że nowa generacja jest o 3 cm niższa. Dziwię się tak temu, ponieważ teraz AMG GT 4-door jest oferowany wyłącznie jako model elektryczny. A w nich przecież pod podłogą chowany jest akumulator, który wypycha całą resztę samochodu do góry.

            Tu jednak nie wypchnął za bardzo, pomimo że mierzy on godną dużych SUV-ów pojemność całych 106 kWh. Jako część nowej – choć pośrednio zaprezentowanej już w koncepcyjnej formie w 2022 r. – płyty podłogowej AMG.EA mierzy on zaledwie 10 cm wysokości. Elektryczny napęd pozwolił zwiększyć rozstaw osi o całe 9 cm do 3,04 m, ale pod kątem przestrzeni w środku spodziewajcie się rewolucji: to nadal zabudowane coupe, w którym siedzi się nisko i niewiele widzi przed wąskie okna (zwłaszcza z tyłu). 

            Przeciętny bagażnik o pojemności 415 l jest nawet trochę mniejszy niż przeciętny bagażnik o pojemności 456 l, chociaż tutaj do podobnego wyniku dociąga dodatkowy pojemnik pod maską dający dodatkowe 41 l na kable i inne ustrojstwa, których nie chcesz mieszać z bagażami.

            01/02
              • Mercedes-AMG GT 63 4-door Coupé tył

                Mercedes-AMG GT 63 4-door Coupé (2026)

                Autor Mercedes-Benz Polska
              • Mercedes-AMG GT 63 4-door Coupé (2026)

                Autor Mercedes-Benz Polska

              Elektryczny Mercedes-AMG GT 4-door: przytłaczająca moc i wcale nie mniejszy zasięg

              Zasadniczo na tym podobieństwa pomiędzy nowym 4-doorem a poprzednikiem się kończą. Pierwszy w historii AMG w pełni elektryczny model (nie licząc katastrofalnego SLS AMG Electric Drive, któremu z planowanej produkcji 100 sztuk udało się znaleźć tylko 9 nabywców) ma być popisem osiągów: teraz już rozumianych nie jako moc napędu czy przyspieszenia, a mocy ładowania czy zasięgu.

              Zawarta w nim instalacja 800V i akumulator NCMA (niklowo-kobaltowo-manganowo-aluminiowy) jest wynikiem lat badań przeprowadzanych na zapowiadającym widoczne na zdjęciach auto prototypie Concept GT XX, który po drodze pobił 25 rekordów świata w wydajności elektrycznego napędu.

              Mercedes-AMG GT 63 4-door Coupé grill
              Mercedes-AMG GT 63 4-door Coupé Digital Light

              To znaczy… żeby nie było: osiągi z tej pierwszej grupy też są bardzo ok. A może jest to nawet trochę złośliwe niedoszacowanie. Mercedes-AMG GT 4-door z napędem elektrycznym debiutuje na polskim rynku w dwóch wariantach, których dane techniczne prezentują się następująco:

              • Mercedes-AMG GT 55 4-door Coupé: napęd na cztery koła, 816 KM, 1800 Nm, 2,8 s do 100 km/h, 260 km/h
              • Mercedes-AMG GT 63 4-door Coupé: napęd na cztery koła, 1169 KM, 2000 Nm, 2,4 s do 100 km/h, 260 km/h

              Nawet najbardziej zatwardziali fani benzynowych V8 (takich jak ta czterolitrowa jednostka M177, która była w poprzedniku – trudno będzie zastąpić taki piec!) muszą w tym momencie przyznać, że uniosła się im chociaż jedna brew i zyskałem ich dalszą uwagę.

              Nim powiedzą oni, że moc może i potężna, ale to bez znaczenia, bo starczy jej na 5 minut jazdy, to posłuchajcie tego: przy maksymalnej mocy ładowania 350 kW uzupełnienie energii od 10 do 80 proc. akumulatora zajmuje tylko 16 minut. W teorii (w praktyce trochę też, bo takich ładowarek jest w Polsce coraz więcej) 10 minut postoju w trasie wystarczy na przejechanie w granicach 288 – 335 km.

              Mercedes-AMG GT 63 4-door Coupé przód
              Mercedes-AMG GT 63 4-door Coupé (2026) (fot. Mercedes-Benz Polska)

              Homologacyjny zasięg zależnie od wersji wynosi 683 lub 689 km. Po jeździe najnowszymi elektrykami Mercedesa po polskich drogach szacuję, że w praktyce oznacza to możliwość przejechania nowym, elektrycznym 4-doorem około 450 km z autostradowymi prędkościami. 

              Nowy Mercedes-AMG GT 4-door 63 EV wygląda jak milion… i tak też kosztuje

              Nie dajmy sobie jednak sprowadzić każdego elektryka tylko do nudnej kwestii zasięgu. Jeśli w nazwie jest tu AMG, to nowy 4-door ma dawać emocje wynikające nie tylko z poszukiwania ładowarki, ale też jazdy po zakrętach.

              01/02
                • Mercedes-AMG GT 63 4-door Coupé wnętrze

                  Mercedes-AMG GT 63 4-door Coupé (2026)

                  Autor Mercedes-Benz Polska
                • Mercedes-AMG GT 63 4-door Coupé wnętrze

                  Mercedes-AMG GT 63 4-door Coupé (2026)

                  Autor Mercedes-Benz Polska

                Kierowca będzie miał tutaj do dyspozycji wszystkie tryby jazdy znane z modeli opracowanych w Affalterbaacah (Eco, śliskie nawierzchnie, Individual, Sport, Sport+ oraz Race). Tutaj jednak ma też nową funkcję o bardzo wybajerzonej nazwie AMGForceSport+, która aktywuje udawaną skrzynię biegów obsługiwaną łopatkami i sztuczny dźwięk udający AMG GT R-a (czyli jednak V8 nadal w naszym serduszku… i uszach). 

                Jakby tego było mało, w tunelu środkowym pojawiły się jeszcze trzy pokrętła tak zwanego „inżyniera wyścigowego” (zupełnie jak u Andrei Kimi Antonelliego i Georga Russella), z pomocą którego indywidualne ustawisz ostrość reakcji układu napędowego, zwinność podwozia i ingerencję kontroli trakcji.

                Wiem, to wszystko brzmi trochę dziwnie, ale tak wedle szerszego trendu będzie wyglądała przyszłość emocji z prowadzenia w autach elektrycznych: bardzo podobną drogą poszedł już wcześniej zarówno Hyundai w modelu Ioniq 5N jak i Ferrari w swoim wzbudzającym równie wiele kontrowersji Luce.

                01/04
                  • Mercedes-AMG GT 63 4-door Coupé Race Engineer pokrętła

                    Mercedes-AMG GT 63 4-door Coupé (2026)

                    Autor Mercedes-Benz Polska
                  • Mercedes-AMG GT 63 4-door Coupé fotele

                    Mercedes-AMG GT 63 4-door Coupé (2026)

                    Autor Mercedes-Benz Polska
                  • Mercedes-AMG GT 63 4-door Coupé (2026)

                    Autor Mercedes-Benz Polska
                  • Mercedes-AMG GT 63 4-door Coupé (2026)

                    Autor Mercedes-Benz Polska

                  Idą nowe czasy i widać to też zza kierownicy. Mercedes nie cofnął się przed niczym, żeby nowy 4-door wyglądał jak milion dolarów zarówno w środku, jak i na zewnątrz. Stoi bowiem przed trudnym zadaniem rywalizacji nie tylko z Porsche Taycanem, ale może nawet bardziej z obiecującymi wiele różnych kolorowych fajerwerków nowych konkurentów z Chin.

                  Niemcy wiedzieli, że żeby zachować szanse w tej grze, ich wnętrze po prostu musi być bardzo bogate. Te powyginane ekrany wypełniające deskę rozdzielczą (10,2 cala za kierownicą, 14 cali zwrócony w stronę kierowcy oraz 14 cali wycelowany w pasażera po jego prawicy) połączone z wyrazistymi detalami i wykończeniem w stylu art déco dają nam jasny obraz tego, jak Mercedes widzi przyszłość luksusu. Ja się w nim czuję dobrze.

                  Po pierwszych zdjęciach internet wydał jednak w większości negatywną ocenę tego designu. Ja aż takim jego krytykiem od początku nie byłem – nawet fajnie będzie zobaczyć ten tył na drodze – chociaż muszę przyznać, że po ujrzeniu przodu pierwszy raz na żywo pomyślałem, że to bazowy Mercedes CLA. 

                  Właściciele jednak zdecydowanie nie będą chcieli takich skojarzeń biorąc pod uwagę to, ile będą musieli wyłożyć na tego turbo-elektryka. Cennik modelu Mercedes-AMG GT 55 4-door Coupé rozpoczyna się od wartości dokładnie 676 000 zł, a Mercedes-AMG GT 63 4-door Coupé od 839 000 zł. Chwila zabawy z już dostępnym na stronie polskiego oddziału marki konfiguratorze wystarczy jednak, by łatwo przebić barierę miliona złotych. Mody się zmieniają, napędy się zmieniają, ale pewne rzeczy pozostają jednak takie same.

                  Polscy kierowcy mają nowy, wymierny powód, by wzorem filmowego szlagiera z 1971 r. nie lubić poniedziałków. Jak wynika z najnowszego, opublikowanego właśnie raportu Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego (UFG) podsumowującego pierwszy kwartał 2026 roku, na drogach doszło do wyraźnego przetasowania. Dotychczasowy lider niechlubnych statystyk – piątek – został zdetronizowany. Obecnie dniem, w którym najłatwiej o stłuczkę lub poważniejszy wypadek, stał się poniedziałek.

                  Zmiana „drogowych trendów” to więcej niż ciekawostka – idzie w parze z drastycznym wzrostem kosztów, jakie generują zdarzenia drogowe.

                  Poniedziałkowy syndrom i bezpieczna niedziela

                  Przesunięcie punktu ciężkości drogowych zdarzeń na poniedziałek eksperci wiążą m.in. z pośpiechem towarzyszącym powrotom do pracy oraz kumulacją ruchu po weekendzie. Zupełnie inaczej sytuacja wygląda na drugim biegunie zestawienia. Najbezpieczniejszym okresem na drogach niezmiennie pozostaje niedziela – w te dni zgłaszanych jest zaledwie 6,6% szkód z ubezpieczeń obowiązkowych (OC) oraz 8,9% z polis dobrowolnych (AC). Pytanie, czy żegnamy się zatem z „niedzielnymi kierowcami” na rzecz „poniedziałkowych”?

                  Koniec z pechowym piątkiem, ale i koniec z oszczędnościami w portfelu

                  W pierwszych trzech miesiącach 2026 roku do towarzystw ubezpieczeniowych wpłynęła lawina zgłoszeń – poszkodowani zgłosili ponad 480 tysięcy szkód (w tym 263 tys. z OC i 220 tys. z AC). Łączna wartość wypłaconych odszkodowań zamknęła się w astronomicznej kwocie niemal 5,7 miliarda złotych. To aż o 11,4% więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku.

                  Sam segment polis OC pochłonął ponad 3,2 mld zł (z czego 406 mln zł przeznaczono na odszkodowania za szkody osobowe, czyli leczenie i rehabilitację poszkodowanych). Z kolei z tytułu autocasco wypłacono blisko 2,5 mld zł.

                  Za tak gwałtownym wzrostem kosztów nie stoi wyłącznie liczba kolizji, ale przede wszystkim technologia. Nowoczesne samochody są naszpikowane zaawansowaną elektroniką. Laserowe lub matrycowe reflektory LED, radary systemów autonomicznych, kamery cofania oraz czujniki parkowania umiejscowione w pasie przednim i tylnym sprawiają, że nawet z pozoru niegroźne, parkingowe najechanie na zderzak generuje koszty naprawy rzędu kilkunastu tysięcy złotych.

                  Choć ubezpieczyciele na razie utrzymują ceny polis na względnie stabilnym poziomie, to głośno ostrzegają: marże drastycznie spadły, a utrzymanie tego trendu w obliczu rosnących kosztów części zamiennych i robocizny nieuchronnie doprowadzi do podwyżek składek w najbliższych latach.